Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czas wojny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czas wojny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Kiedy zamilkła wiolonczela...

Brat mojej babci, Józef, był zawsze obecny w moim życiu. Trudno mi uwierzyć, że znam go tylko z czarno - białych fotografii. Tych kilka fotografii, parę dokumentów, zapamiętane opowieści z dzieciństwa - to wszystko co pozostało po człowieku, który żył 38 lat. Te pamiątki są tylko strzępkami jego historii, maleńkimi cegiełkami, które pozostały kiedy życie Józefa legło w gruzach.

Album Józefa ( w naszym domu zawsze nazywany był wujkiem Józiem). Znajdują się w nim zdjęcia z jego lat studenckich, z wycieczki do Włoch i kilka z domu rodzinnego.











Wujek Józiu urodził się w roku 1907 jako najmłodsze dziecko.

Na zdjęciu moja prababcia Rozalia trzyma za rączkę małego Józia. Obok stoi moja babcia Anna, dalej Franio ( zmarł w 1914 roku na tyfus) i pradziadek Antoni. Zdjęcie wykonane przed domem w roku 1909.
Dom w tamtych czasach wyglądał tak:

 Zdjęcie jest bardzo miernej jakości, ale jest jedyne z tamtego okresu, na którym widać cały dom.
Pradziadek kupił w roku 1900 kawałek ziemi w osadzie, która jeszcze nie była miastem, i wybudował mały domek. Był w nim tylko jeden pokój i kuchnia. Pokój był duży, jednak trudno mi sobie wyobrazić jak pomieścili się w nim pradziadkowie z trójką, później dwójką dzieci. Inne były czasy, rodziny były bardziej ze sobą zżyte, domownicy sobie nawzajem nie przeszkadzali.
W albumie Józefa jest takie małe zdjęcie, z okresu późniejszego, podpisane: "Tu gdzie się urodziłem" i przedstawia fragment wnętrza jego rodzinnego domu.




Niewiele wiem o małym Józiu, właściwie nic. Pewnie chodził do jakiejś szkoły powszechnej, do gimnazjum. Nie zachowały się dokumenty z tego okresu.
Następnym zdjęciem Józia, które znam jest to:


Na tym zdjęciu Józef ma około 20 lat. 
Pamiętam, nazywaliśmy to zdjęcie: wujek Józiu Mona Lisa :)

Nastoletni kawaler Józef śpiewał w chórze "Lira" utworzonym przy parafii, grał na skrzypcach i wiolonczeli.

W październiku 1926 roku Józef został studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego  na wydziale filozoficznym.
Oto legitymacja młodego studenta:


W Krakowie Józef zamieszkał w Domu Akademickim UJ na Jabłonowskich.


Józef w środku ze skrzypcami.


Wnętrza Domu Akademickiego z lat trzydziestych. Pięknie!
(Akademik przy ul. Jabłonowskich (ok. 1931 r.)
2012-02-15 11.16
 autor:
własność Muzeum Historycznego/ autor: Agencja Fotograficzna "Światowid" )


Józef w czasie studiów był członkiem Chóru Akademickiego UJ, najstarszego w Polsce.

Zdjęcie z roku 1928, święto 3Maja, Błonia Krakowskie. Chór Akademicki i chór Echo.

W roku 1929 członkowie chóru pojechali na występy do Włoch.


A tu zdjęcie z czasów studenckich:

"Dydaktyka fizyki" ... cokolwiek to znaczy :) Józef stoi trzeci od lewej, obok tej pięknej panny.

Przed ukończeniem studiów jeszcze tylko ćwiczenia wojskowe. Na drugim zdjęciu Józef pierwszy od lewej. Minę ma taką, jakby był co najmniej generałem :)

Dyplom magistra filozofii.

A magister filozofii wyglądał tak. Przypuszczam, że na tym zdjęciu nie ma jeszcze 30 lat.

Tutaj jako nauczyciel matematyki i fizyki w gimnazjum:



 Nie muszę chyba pisać gdzie jest Józef. Na tyle go poznaliście, że sami znajdziecie.

W roku 1936 Józef ożenił się ze swoją uczennicą Krysią. Miał wtedy 29 lat.


Małżeństwo nie przetrwało próby czasu. W czasie wojny już był z Wiesią. Kim była Wiesia, niestety nie wiem.

W czasie wojny, w wieku 35 lat Józef wygląda już tak:

W latach okupacji wciągnął w działalność konspiracyjną dwóch swoich siostrzeńców, Władka i Zbyszka. Obaj zginęli, jeden w Auschwitz drugi zamordowany przez Gestapo. Józef bardzo to przeżył. Nie mógł sobie tego darować.
Oto informacje o jego działalności znalezione na stronie: lewicowo.pl

 Scalenie z Armią Krajową
Od początku akcji scaleniowej z Armią Krajową, zapoczątkowanej rozkazem Naczelnego Wodza z 3 września 1941, PPS zadeklarował lojalną współpracę z wojskiem.
Zasługuje na podkreślenie pozytywny stosunek zwierzchnictwa P.P.S. W.R.N. na odcinkach: pracy bojowej S.O.P. i akcji scaleniowej. Podporządkowanie zorganizowanych i częściowo uzbrojonych plutonów rozwija się stale[11].

Według meldunku Komendanta Głównego Armii Krajowej za okres od 1 września 1943 do 29 lutego 1944 Gwardia Ludowa PPS wniosła około 150 plutonów, które stały się podstawą organizacyjną do walki na Śląsku. Według tego samego meldunku w innych okręgach scalone oddziały były dużo mniejsze lub ich zupełny brak. Wskazano na możliwość wykorzystania oddziałów wojskowych PPS w Warszawie oraz w Krakowie[12].

Najsilniejszym okręgami Gwardii Ludowej były okręgi Śląska i Zagłębia, w tym także Śląsk Cieszyński. W Zagłębiu oddziały PPS tworzyły Brygadę Zagłębiowską składająca się z czterech kadrowych pułków. Dowódca brygady był mjr Cezary Uthke (aresztowany w grudniu 1943). W skład brygady wchodziły:

    1 pułk sosnowiecki dowódca Mieczysław Biłek „Michał”, a po jego aresztowaniu w sierpniu 1943, Józef Musiał „Wicek”; W połowie 1944 liczył 763 żołnierzy;
    2 Pułk będziński dowódca Konopka-Kunicki „Kaszub”, a po jego aresztowaniu w grudniu 1943 por. Franciszek Mielech „Semen”; łączny stan w połowie 1944 r. sięgał ok. 2100 żołnierzy.
    3 Pułk zawierciański dowódca Józef Mazurek „Kostek”, po jego aresztowaniu w 1944 Mieczysław Stelmach „Zawierucha”;
    4 Pułk olkuski „Srebro”, dowódca pułku Kazimierz Kluczewski „Pijok”;

Pułki te zostały wcielone do Armii Krajowej, na Śląsku i Śląsku Cieszyńskim tworzono kompanie. W Okręgu Śląskim (jako jedynym w kraju) żołnierze PPS objęli wysokie funkcje w strukturach Armii Krajowej. Cezary Uthke był zastępcą dowódcy okręgu AK, zaś Lucjan Tajchman inspektorem Inspektoratu Sosnowiec AK.

Według relacji Zygmunta Waltera-Janke, dowódcy Okręgu Śląskiego AK, do scalenia Gwardii Ludowej WRN z Armią Krajową doszło w 1943.


Józef został aresztowany pod koniec 1944 roku i przewieziony do Lublińca. W styczniu 1945 roku więźniów przetransportowano do obozu w Gross Rosen. Przed wyjazdem zdążył przesłać matce wiadomość. To była ostatnia wiadomość od niego.



Zmarł w czasie transportu z obozu Gross Rosen, w czasie tzw. marszu śmierci 29 kwietnia 1945 roku. Miał 38 lat. Nie wiem gdzie znajduje się jego grób i czy w ogóle gdzieś był.

Napisałam do muzeum obozu Gross Rosen z prośbą o informacje. Odpowiedź otrzymałam bardzo szybko.




.
Kilka migawek z czasów, kiedy był młody i wydawało mu się, że jest nieśmiertelny.


Na zdjęciach Józef w ogrodzie rodzinnego domu. Nazywaliśmy te zdjęcia :"wujek Tarzan"
Kim są panie tenisistki, niestety nie wiem. Nie wiem również co to za miasto.


Kraków i Lwów, jeszcze polski. Życie Józefa jeszcze trwa. Jeszcze ma plany i marzenia. O zmianie planów zadecydowała historia. Może zabrakło szczęścia? Może zadecydował przypadek?
Szkoda, że nie miałam okazji poznać go osobiście. Nie dane było mi z nim porozmawiać. Mimo to jest dla mnie kimś bliskim, ale to już zasługa moich dziadków i mojej mamy. To przecież dzięki nim poznałam Józefa.

środa, 16 listopada 2011

Zanim serce pękło

wtorek, 06 października 2009

Czy wraz ze śmiercią brata mojej mamy, Władka, straciliśmy wielkiego poetę? Nie wiem i już się tego nie dowiem...
W środku moja babcia. Władek to ten chłopiec po lewej stronie z pukawką w ręku.


Był dzieckiem wyjątkowym. Różnił się bardzo od swojego rodzeństwa. Nie tylko wygladem, ale i charakterem. Tak jak Zosia i Zbyszek byli blondynami tak Władziu miała ciemne, kręcone włosy, ciemne oczy i smagłą cerę. Tak jak rodzeństwo było ciche, skromne i nieśmiałe, tak Władzia wszędzie było pełno.
Kiedy przychodzili do dziadków goście, Zbyszek stał spokojnie w kącie, mama moja chowała się pod kanapę a Władek wchodził do pokoju, stawał na baczność i mówił: dzień dobry państwu, jestem Władziu, syn.
Jako jedyny z rodzeństwa, od najwcześniejszych lat chodził do sklepu po zakupy. Oczywiście od momentu, w którym zaczął mówić, po upiciu się resztkami likieru.:-)) Pisałam o tym w poprzednich notkach.
Przed wojną była w sprzedaży tak zwana kora czekoladowa. Niestety nie wiem jak wyglądała, a tym bardziej jak smakowała. Wiem tylko, że Władziowi bardzo zasmakowała i codziennie chodził po nią do pobliskiego sklepiku kolonialnego, takiego, w którym było przysłowiowe mydło i powidło.
Wchodził do sklepu i mówił do właściciela: pan to teraz się wzbogaci!
Dlaczego Władziu? pytał sklepikarz
Bo ja codziennie będę przychodził po korę czekoladową.
W wieku 12 lat Władziu rozpoczął naukę w szkole w Krakowie. Szkoła prowadzona była przez zakon, ale nie pomnę jaki. Chyba ojców Pijarów. Szkoły nie skończył. Wybuchła wojna.
To list Władka do rodziców ze stycznia 1938 roku. Miał wtedy niespełna 13 lat.


W czasie wojny Władziu zaczął pisać wiersze i poetyckie opowiadania.
Przedstawię tu kilka zaledwie z nich.
"Zobaczyłem grajka siedzącego pod drzewem na brzegu rzeki....płakały skrzypce...zdawało mi się, że z duszy to łkanie wychodzi..."


 "O szczęściu, o sławie szumiało samotne drzewo, szeptała rzeka.."



" I pierwsza wzniosła się ognista łuna,To wojny krwawy zew,Już bitwy pierwsze rozegrzmiały chóry,.....w powietrzu czuć już krew..."
Pamiętajmy, że pisał je piętnastoletni chłopiec.
Potem było aresztowanie, więzienie w Opolu, Oświęcim.
Powtórzę to co napisałam w jednej z poprzednich notek, bo cóż innego mogę napisać? Jak wyrazić mój żal?
Ostatnią podróż w swoim krótkim życiu odbył do obozu zagłady. W dorosłe życie wszedł "bramą do piekła". Ostatnie co w życiu widział to dymiące kominy krematorium. Chciał być poetą, ale historia zdecydowała inaczej. Ostatnie dni życia spędził w warunkach, których nie da się opisać w żadnym wierszu. Marzenie o szczęściu, doskonałości i sławie obróciły się w proch rozsypany po świętej ziemi oświęcimskiej, tej ogromnej zbiorowej mogile.


Zapamiętajcie tego chłopca.
Nazywał się Władysław Słabiak. Był poetą.
Żył osiemnaście lat.
Taką granicę wyznaczyła kula wystrzelona pod ścianą śmierci w Auschwitz...

sobota, 27 sierpnia 2011

Listy z tamtych lat

Mój syn przebywał dwa lata w USA. W tym czasie dostałam od niego kilka maili. Gdybym nie widziała adresu poczty z jakiej list ten dotarł, nie wiedziałabym, że to od syna. Równie dobrze mogłabym sama go napisać i wydrukować. Wyglądałby tak samo.

A ja tak bardzo tęsknię za prawdziwym listem, napisanym na papierze, piórem, ręką bliskiej osoby, jej charakterem pisma. Takie listy mają duszę. Żyją przez wiele, wiele lat, bo na nich zachowała się cząstka kochanych osób, których już między nami nie ma.

W dzisiejszych czasach poczta przesyła pisma urzędowe, dokumenty, może czasem kartki z życzeniami czy ślubne zaproszenia oraz przesyłki z allegro.

Wiem, że poczta elektroniczna jest błyskawiczna, sama z niej korzystam. Tylko, że po takim liście nie pozostaje żaden ślad, poza maleńkim bezosobowym plikiem. Nie da się go schować do kuferka z rodzinnymi pamiątkami.

Przeglądałam właśnie dzisiaj stare listy. Począwszy od tych pisanych ręką mojej babci w latach jej młodości, do listów z czasów wojny aż do tych, które otrzymywałam od mojego ojca. Czytając te listy teraz, wyobrażam sobie osobę, która je pisze, widzę jak trzyma pióro, jak się zastanawia, widzę malujace się na jej twarzy uczucie. Wracam do tamtych lat, do lat, których cząsteczka pozostała na tym skrawku pozółkłego papieru listowego.Takich wzruszeń nie zapewni żadna poczta elektroniczna czy sms.

To jest moja babcia w roku 1920, przed ślubem ze swoim kochanym Lucjanem.




.

List z czasów narzeczeństwa moich dziadków. Panie Lucjanie!- tak, w tamtych czasach do narzeczonego nie mówiło się po imieniu.

W późniejszych latach, już jako żona, babcia pisała listy do dziadka przebywającego w Krakowie, listy na maleńkim, zgrabnym papierze listowym.

 

A tak wygladała autorka listów, lata trzydzieste ubiegłego wieku.

"ponieważ odszyfrowałeś moje wykreślenie ( z poprzedniego listu), więc muszę Ci już otwarcie wszystko napisać. Otóż dałam do odnowienia krzesła i kanapę i zrobić materace do łóżek i to mi wyrwało 200 złotych. Chciałam Ci zrobić niespodziankę i dlatego przekreśliłam. (....) Nie wyobrażam sobie jak można się nudzić w Krakowie. Mój Drogi, pilnuj się, bo pokus tam nie brak."

"....będę czekać z utęsknieniem na list, a poźniej na Ciebie. Śniło mi sie, że byłam z Tobą w górach i tak bardzo mi sie te góry spodobały, że nawet po przebudzeniu ten zachwyt pozostał. Kończę całując i ściskając swojego Lucy, Anka."

A to jeden z ostatnich listów napisany przez Zbyszka do rodziców, którzy przebywali w Kąpielach Wielkich.


"U nas wszystko w porządku, zarabiamy, mamy co jeść. Ale mnie dreczy jedno pytanie: jak zyć? Co robić w wolnych chwilach. Ja muszę mieć plan czy nawet cel w życiu, a teraz nie wiem, nic nie wiem. (...) potrzebny mi jest Tatuś ponieważ mam szereg kwestii co do których mam watpliwości i chciałbym porozmawiać. (...) Babcia juz ciężko pracować nie może. Nie mamy opieki a sami dbać o niektóre rzeczy nie umiemy. Ale myślę, że jeszcze rok wojny w tych warunkach wytrzymamy."

Pół roku później  już nie żył...

Brat mojej babci zmarł już po opuszczeniu obozu , w drodze do domu. Zdążył jeszcze przesłać do swojej matki karteczkę ze zwykłego papieru pakowego z nakreslonymi pospiesznie kilkoma słowami.


A ja , jako mała dziewczynka , otrzymywałam takie listy od mojego Taty.


Listy były pełne pięknych rysunków wykonanych jego ręką.


Wśród listów w rodzinnym archiwum znajdują sie też takie jak ten: przysłany przez Władka z obozu , z bloku 11- bloku śmierci...



Ciężar matczynych łez

W starej teczce z rodzinnym archiwum znalazłam dwie kartki zapisane drobnym pismem mojej babci. Papier jest mocno zniszczony, w niektórych miejscach duże brązowe plamy uniemożliwiają już odczytanie tekstu.

Na tych czterech stronach zapisane zostały wspomnienia z jednego miesiąca. Z września 1939 roku. Krótka relacja z wojennej tułaczki mojej babci, dziadka i ich trójki dzieci.

Z pewnością były jeszcze dalsze strony, niestety nie zachowały się do dnia dzisiejszego. Historia urywa się po kilku dniach wędrówki, przypuszczam, że gdzieś około 10 września.

Przepisałam te wspomnienia, aby je zachować dla dzieci i wnuków.

Warte są tego, aby je przeczytać i pomyśleć o ludziach sprzed siedemdziesięciu lat, o ludziach, których poukładany i szczęśliwy świat dramatycznie zawalił się jednego dnia. Musieli odnaleźć w sobie siłę, determinację i odwagę, aby przetrwać, aby ratować swoje dzieci. Niestety, jak już pisałam we wcześniejszych notkach, nie udało się wszystkich uratować.


Wakacje 1939 roku. Ostatnie wspólne lato. Władziu i Zosia.

Lato 1939. Moja babcia, dziadek i najstarszy syn Zbyszek.
***
„O świcie 1 września 1939 roku budzi nas warkot pierwszych niemieckich samolotów nadlatujących nad Siewierz. Wszystkich ogarnia panika, zrywamy się na równe nogi. Nie bardzo wiemy co począć. Dzieci przestraszone stoją cicho w kąciku. Wyglądamy przez okno i widzimy jak do Siewierza ciągną tłumy uciekinierów ze Ślaska. Po południu już cały Siewierz jest nimi wypełniony.

Wieczorem mieszkańcy przygotowani są już do ucieczki. Postanawiamy więc i my wszyscy wyjechać. Trudno mi w tej chwili przypomnieć sobie i zrozumieć powód naszej ówczesnej decyzji, ale ja postanawiam jechać wieczorem 1 września z nauczycielkami, zabierając ze sobą dwoje młodszych dzieci- Zosię i Władzia. Mąż decyduje się jechać nazajutrz ze starszym synem Zbyszkiem.

Pakujemy nasze pospiesznie zebrane bagaże na auto ciężarowe i wyruszamy w kierunku Żarek.

Po drodze spotykamy wozy załadowane dobytkiem, przywiązane do wozów krowy, owce. Dalej widzimy maszerujące wojsko. Od czasu do czasu słyszymy huki i świst kul. Na szosie jest taki tłok, że trudno jechać.

Przyjeżdżamy do Szczekocin. Na rynku tłumy ludzi. Autobusy nie kursują z braku paliwa. Zostajemy na rynku z bagażami. Czekamy na okazje do Jędrzejowa.

Przybywa coraz więcej furmanek, ludzi na rowerach, aut z uciekinierami. Po dłuższym czekaniu udaje nam się znaleźć miejsce w aucie ciężarowym jadącym do Stopnicy.

W pobliżu Pińczowa znowu słyszymy warkot samolotów, wychodzimy z auta i chowamy się w bramie. Tam dowiaduję się, że przewidywane jest duże bombardowanie Pińczowa. Postanawiam więc nie zostawać tu tylko jechać dalej. Do Stopnicy przyjechaliśmy dosyć spokojnie i bez problemów. Jednak przy wjeździe do Jędrzejowa zatrzymuje nas alarm. Stoimy dosyć długo pod drzewami.

W Jędrzejowie panika okropna. Wyjeżdżamy autem ciężarowym znowu w kierunku Stopnicy.

Tam nocujemy na rozłożonej na ziemi słomie. Rano staramy się o furmankę do Staszowa. W Stopnicy jednak wszyscy pakują się i również szykują do ucieczki. Wszystkie pojazdy załadowane.

Stoję z dziećmi na rynku obserwując jak ludzie ze wszystkich stron uciekają, na furmankach, rowerach, pieszo. Czuję się coraz bardziej bezradna i przestraszona, nie mogę tego jednak po sobie pokazać, aby jeszcze bardziej nie wystraszyć moich dzieci. Mówię, że wszystko będzie dobrze.

W tym momencie Zosia spostrzega ,jadących na rowerach, Lutka i Zbyszka. Co za ulga! Znowu jesteśmy wszyscy razem. Nie wiemy jednak co robić dalej. Wracać czy jechać w nieznane. ? Doszliśmy do wniosku że za Wisłą będziemy bezpieczni. Ruszamy więc pieszo do Staszowa. Na szosie tłumy ludzi, samochody, furmanki, wojsko. W połowie drogi zabieramy się na furmankę z pocztą i dojeżdżamy do Staszowa. Na rynku pełno wojska. Zdobywamy kawałek wojskowego chleba. Jemy go popijając czystą wodą. Jest to nasz pierwszy posiłek od chwili wyjazdu z Siewierza.

W oczach dzieci naszych widzę ogromne zmęczenie i strach a łzy zamiast płynąć na twarz spadają ciężkimi kroplami na serce i czuję wyraźnie ten ich straszny ciężar.

Na furmance jedziemy dalej w kierunku Opatowa. Lutek ze Zbyszkiem jadą za nami na rowerach. Po drodze zatrzymują się, aby napić się mleka i tracimy ich z oczu.

Jestem zrozpaczona, przerażona, sama z dwójką dzieci. Wiem, że muszę być silna, ale tak bardzo się boję.

Podróż staje się coraz bardziej niebezpieczna. Stale słychać warkot samolotów, widzimy ogromne leje po bombach, coraz częściej musimy zeskakiwać z wozów i chronić się przed bombami i kulami z karabinów maszynowych. W pobliżu Opatowa nadleciała cała eskadra samolotów. Zeskakując z furmanki tak niefortunnie stąpnęłam, że zwichnęłam sobie nogę. Momentalnie spuchła. Jedziemy dalej, noga puchnie i bardzo boli. Tracę siły i nadzieje, że ten koszmar kiedyś się skończy. Znów samoloty, znowu chowamy się pod drzewami. Jeden z samolotów zniża się nad drzewo ,pod którym stoję, widzę wyraźnie twarz człowieka, który zaczyna strzelać z karabinu maszynowego. Kulki lecą razem z liśćmi obok mnie, uderzają w moje ubranie, przytulam mocno dzieci i modlę się. Ani jedna kula nas nie dosięgnęła.

Dojeżdżamy do Opatowa wieczorem w całkowitych ciemnościach. W mieście pełno wojska szykującego się do wymarszu. Wiem, że musimy jechać dalej, ale chciałabym najpierw znaleźć Lutka z synem. Jechali przecież na rowerach i powinni już tu być. Ponieważ jest bardzo ciemno i nikogo nie możemy dojrzeć, wołamy głośno ich imiona. W ten sposób znajdujemy Zbyszka. Niestety jest sam. Jest tak zmęczony, że nie może mówić. Szczęśliwym trafem znajdujemy dobrych ludzi, którzy ugościli nas i zaproponowali aby syn został u nich , wyspał się, a jutro wyruszy za nami. Może nawet uda mu się odnaleźć ojca, którego na próżno szukałam po całym Opatowie.

Zostawiam śpiącego syna i w ciemną noc wyruszam z pozostałą dwójką dzieci dalej. Furmanek na drodze stale przybywa, ciągną ze wszystkich stron.

O świcie dojeżdżamy do Ożarowa. Zauważam, że w pobliżu naszej furmanki zsiada z roweru mój mąż.! Zosia zaczyna wołać: tatusiu!, ja również wołam uradowana, że go odnalazłam. Tymczasem Lutek nas nie słyszy, wsiada na rower i odjeżdża. Ogarnia mnie rozpacz. Syn został w Opatowie, mąż pojechał w nieznane. Czy się jeszcze spotkamy? Gdzie mam dalej jechać z Zosią i Władziem?

(…..)

Przeszliśmy pieszo około dwóch kilometrów, aż zabrał nas na bryczkę jakiś oficer. Z nim dojeżdżamy do Kraśnika. Wstępuję do małego sklepiku. Tam właściciel częstuje nas herbatą, dzieci jedzą po kawałku ciemnego żołnierskiego chleba. Zaproponowano nam, abyśmy chwile odpoczęli, dzieci ledwo trzymały się na nogach. Byliśmy po nieprzespanej nocy i 36 godzinnej podróży na furmance. Odpoczywamy dwie godziny i wychodzimy na ulicę.

Zauważyliśmy budynek szkoły i tam postanowiliśmy się udać. Żona kierownika szkoły przyjęła nas bardzo serdecznie, na noc zostaliśmy ulokowani w jednej z klas na garstce słomy Poszlismy spać, kładąc pod głowy nasze swetry a przykrywając się płaszczami.

W środku nocy budzę się i słyszę, że ktoś wchodzi do klasy. Odwracam głowę w kierunku drzwi i widzę jak kierownik prowadzi do nas mojego męża i syna, którzy spotkali się po drodze i też postanowili przenocować w szkole w Kraśniku. Serdecznie wtedy podziękowałam Bogu za nasze szczęśliwe spotkanie.

Na drugi dzień rano rozpoczynamy starania o furmankę w stronę Lublina. Jedziemy bardzo powoli, ponieważ ciągłe naloty zmuszają nas do dłuższego przebywania w schronach i rowach przeciwlotniczych. Po drodze dowiadujemy się, że nie ma możliwości dostania się do Lublina. Zmieniamy więc kierunek drogi i udajemy się do Krasnegostawu. Jedziemy dla bezpieczeństwa polnymi drogami. Na noc zatrzymujemy się na folwarku w Żółkiewce. Właściciel przyjmuje nas bardzo serdecznie, zjadamy obfity posiłek, pierwszy taki od czterech dni.

Wieczorem wyruszamy dalej. Noc jest bardzo zimna, dzieci drżą, śpiące jeszcze bardziej odczuwają dotkliwy chłód. Przykrywam je swoim płaszczem. Wpatruję się w ciemność, boję się zasnąć, z trudem znoszę zmęczenie, chłód i ból nogi, która chyba spuchła jeszcze bardziej i zrobiła się sina. Nie mówię jednak o tym mężowi, aby go nie martwić. Widzę jaki czuje się bezradny.

O świcie dojeżdżamy do Krasnegostawu. Spotykamy kobietę, która proponuje nam gościnę. Wreszcie możemy odpocząć spokojnie, mając dach nad głową. Od razu kładziemy się spać i zasypiamy kamiennym snem.

Jednak tylko dwa dni mogliśmy się cieszyć tym błogim odpoczynkiem. Popłoch w mieście zmusił nas do wyjazdu dalej, przed siebie, w nieznane.”

Tu rękopis się urywa.

Czas honoru

Zbliża się rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Dlatego dzisiaj wędrowałam śladami wojennych losów mojej rodziny.

Opiszę historię jednej śmierci.

Historia związana jest z budynkiem, którego już dzisiaj nie ma. Stał w dzielnicy domków i ogrodów, w dzielnicy kwitnących jabłoni. W tym jednopiętrowym budynku mieściło się w czasie wojny Gestapo. Pamiętam jeszcze ten dom. Przechodziłam koło niego w drodze do szkoły.

Dzisiaj na tym miejscu znajduje się pamiątkowa tablica poświęcona zamordowanym przez gestapo mieszkańcom mojego miasta. Wszystko wkoło się zmieniło. Nie ma domków i ogrodów. Powstała nowa ulica, wybudowano nowe bloki. Tylko stare , potężne drzewa są chyba te same, może były
świadkami tragedii. Może pamiętają?


 
Bracia mojej mamy w czasie wojny mieszkali ze swoja babcią i działali w konspiracji.

Starszy brat Zbigniew i młodszy Władysław.

2 lutego 1943 roku zostali aresztowani przez Gestapo i przewiezieni do opisywanego wcześniej budynku. Dopiero wiele lat po wojnie dowiedzieliśmy się kto zdradził.

Przebywali tam przez kilkanaście dni. O znęcaniu się nad nimi dziadkowie moi dowiedzieli się po wojnie w czasie procesu byłego komendanta Gestapo.

18 lutego starszemu z braci udało się uciec. Wyskoczył z pierwszego piętra i pobiegł w stronę cmentarza. Początkowo ukrył się w mieszkaniu grabarza. Ponieważ jednak gestapowcy rozpoczęli pościg z psami, schronił się na cmentarzu. Kiedy i tu zrobiło się niebezpiecznie, przeskoczył przez mur i pobiegł w stronę lasu, gdzie podobno już na niego czekali partyzanci z jego oddziału,

Należy pamiętać, że to była zima, śnieg i mróz, a chłopak miał na rękach kajdanki. Utrudniało to bardzo ucieczkę. Był już prawie pod samym lasem kiedy dosięgnęła go kula. Czy śmierć nastąpiła od razu, czy cierpiał...nie wiadomo. Miał 21 lat.

Ciało grabarze przenieśli pod mur cmentarza żydowskiego. Po chwili przywieziono młodszego, 17 letniego brata i pokazano mu ciało, jako przestrogę, co go czeka w razie ucieczki.Chłopiec klęknął i zaczął się modlić.

Wtedy jeden z z Niemców zwrócił się do grabarza: był bohaterem, tylko zabrakło mu szczęścia, pochowajcie go w trumnie.

Młodszego chłopca wywieziono do obozu Auschwitz i tam rozstrzelano pod „ścianą śmierci„ 29 lutego 1944 roku. Numer obozowy 150081. Żył 18 lat.

Ostatnią podróż w swoim krótkim życiu odbył do obozu zagłady. W dorosłe życie wszedł "bramą do piekła". Ostatnie co w życiu widział to dymiące kominy krematorium. Chciał być poetą, ale historia zdecydowała inaczej. Ostatnie dni życia spędził w warunkach, których nie da się opisać w żadnym wierszu. Marzenie o szczęściu, doskonałości i sławie obróciły się w proch rozsypany po świętej ziemi oświęcimskiej, tej ogromnej zbiorowej mogile.

W 1945 roku odbyła się, na cmentarzu żydowskim, ekshumacja zwłok mojego wujka i pozostałych ofiar hitlerowców. Ciało mojego wujka, jako jedynego pochowanego w trumnie, zachowało się w dobrym stanie. Z pozostałych grobów wydobywano jedynie kości. Drewno trumny było dosyć zmurszałe, dlatego dziadek mój wzmocnił je drutami.





Następnie odbył się uroczysty pogrzeb na cmentarzu parafialnym. Niesiono jedenaście trumien. Przed grobami postawiono wysoki krzyż z pni brzozowych.

Boli mnie to, że ludzkie życie raz przerwane nigdy nie stanie się feniksem, a popioły po wieki pozostaną popiołami rzuconymi w bezgraniczną pustkę.
Jedyne co zostaje to pamięć. Pamiętajmy więc o tych, którzy odeszli, których łańcuch historii zaplątał w tamten wrzesień.